RSS
 

Próba charakteru

17 gru

Ludzie trenują różne rzeczy – jedni bieganie, inni sudoku, jeszcze inni koszenie betonu na czas. Różni ludzie, różne hobby, nie ma reguły, ale jest zasada – na ogół jest to coś, w co się angażujemy, bo przynosi nam to szczęście i nie wydaje się nam to bezcelowe.

Są jednak momenty, gdzie licho rzuca nam coś pod nogi – albo kłodę, albo gówno, prawdopodobnie oba, bo jest szansa, że jak przeskoczysz kłodę, to poślizgniesz się na gównie. No i po praktycznie całej jesieni nabuzowanej endorfinami, ale także ciężką pracą przyszła PRÓBA. W moim przypadku charakteru, bo bieganie było jednym z narzędzi do trenowania go. Wyjaśnię – żeby nie popaść w depresję, nawet krótkotrwałą i nie czuć wiecznie bezcelowości żywota mego, która prowadzi do tej ciemnej dupy, zaczęłam zmieniać te cechy, które łatwo mnie do tego prowadziły. Plan tygodniowy, bieganie, nauka, ograniczenie surfowania po necie na bezcelowych stronach typu kwejk – wszystkie te sprawy były moimi narzędziami do osiągnięcia celu. Oczywiście, że wychodziło, bo jak człowiek zaciśnie zęby, krusząc sobie szkliwo żeby coś osiągnąć, to chociażby skały srały, to będzie nad tym trenować. Więc ogółem całą jesień skakałam z radości, pocąc się i czasem nie śpiąc, ale zdobywając małe i duże sukcesy.

No oczywiście przyszło Licho i rzuciło mi gówno pod stopy, na którym się poślizgnęłam. Teraz próbuję wyrobić z bezwładnym pędem ciała i nie wyjebać się o kłodę, lądując mordą w błocie…

Wszyscy wiedzą jak działają na mnie święta. Kto nie wie, to w skrócie powiem – jak puste, spocone moszna na kaktusie. Myślę sobie – przeżyję, w końcu biegam, z internetu nie będę musiała tak korzystać, a jak sobie pobiegam na świeżym powietrzu (bo o krakowskim raczej nie można tego powiedzieć), to z doświadczenia wiem, że zachce mi się uczyć, ponadrabiam to z czym jestem do tyłu i kokodżambo.
Tyle, że Licho i jego pułapki – przeciążyłam biodro, więc o wspaniałych kilkunastu kilometrach prawdopodobnie będę musiała zapomnieć. Co za tym idzie? Pozostawiona na tafli losu, zwaną BEZCELOWOŚCIĄ, prawdopodobnie nic nie zrobię.
Nie posunę się do przodu z nauką, bo zacznie mi się uruchamiać takie ludzkie „mam mnóstwo czasu”, które było największym szitem w moim życiu. Tak naprawdę to z tym stwierdzeniem walczyłam tą jesienią. Teraz przyjdzie sprawdzian, bo pozbawiona pompy endorfinowej, mogę złożyć się jak domek ze słomy po spotkaniu z wilkiem. Już i tak chodzę przybita i zdenerwowana tą świadomością.

Będzie mnie dużo nerwów kosztowała ta próba.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Będzie dobrze?

02 gru

-… i żeby wszystko w nowym roku się ułożyło! – kończy Wujek świąteczne życzenia, a ja oczywiście dodaję: „Nic się nie ułoży”, zanim zdążę ugryźć się w język. Mama chce mnie zabić wzrokiem, Ciocia opuszcza oczy na talerz, Tata udaje, że nic nie słyszał. Babcia-Samo-Zło nie ucieka się do dyplomacji.
- Mogłabyś chociaż na święta nie rzucać głupimi komentarzami – warczy pod nosem, ja zaś powstrzymuję cisnącą się na usta lawinę argumentów, dlaczego mam rację. Zapycham usta opłatkiem i modlę się, żeby zapchać usta barszczem.
- Ty też mogłabyś się nie odzywać – odwarkuje jej Dziadek-Samo-Zło, no bo nie byłby sobą, jeżeli jego zdanie nie byłoby ostatnim zdaniem.
- To ja przyniosę barszcz, już pora – mówi pod nosem Ciocia, chcąc załagodzić sytuację, bo wszyscy wiedzą, że ta para potrafi kłócić się o wszystko i to bardzo żarliwie. Mama bombarduje mnie wzrokiem pod tytułem „czemu nie możesz się czasem zamknąć”, ja jej odpowiadam „no co?”, a Tata podnosi 0,7 i nalewa Wujkowi oraz Samemu-Złu, bo to odwróci ich uwagę od sprzeczek. Święta są w końcu, nikt nie powinien się kłócić. Ciocia przynosi moją porcelanową wazę z barszczem (która jako jedyna z całego kompletu „na chrzciny” się do czegoś przydaje), rozlewa barszcz i w końcu zapada cisza.
- To już drugi rok, jak rodziców nie ma – mówi po chwili stukania łyżką o dno talerza Ciocia (która nawiasem jest siostrą Babci). Oho, STYPA MODE ACTIVATED.
- I tak długo pożyli – mówi Mama, a ja zatykam twarz uszkami, żeby nie powiedzieć, że to nie dziwne, bo alkohol jest świetnym konserwatorem. Pradziadkowie chlali na umór i myli się raz na dwa tygodnie, bo Ciocia ich do tego zmuszała. Może kiedyś byli dla mnie kimś ważnym, ale przez ostatnie 9 lat zamienili się w totalnie obce, nasączone moczem, kałem i wódką osoby, więc jakoś za nimi nie tęsknię.
- Olek też odszedł, taki był chory – wspomina Babcia męża swojej najstarszej siostry. Też o nim nic nie wiedziałam i w sumie go nie znałam. Kolejny obcy człowiek w rodzinie.
- Mąż Anety też umarł, taki młody facet – wypalam tak poważnym tonem, że tylko mój Brat wyczuwa ironię w tym zdaniu i mało nie dławi się barszczem. Mama daje się nabrać i zaczyna się rozmowa o zmarłych, no bo po co o przemijaniu pogadać 1 listopada, skoro najlepiej w święta, czas narodzin Jezusa? Temat się kończy, w końcu tyle osób jeszcze nie umarło i zaczyna się mój ulubiony temat.
- Magda to cały Bogdan – przyrównuje mnie do taty Babcia. Za każdym razem jak przyjeżdżam to ten sam temat powraca. Na nic nie zdaje się tłumaczenie, że po połowie jestem podobna do mamy i do ojca, bo takie są prawa genetyki. Nie wiem jak reszta ludzi w moim wieku, ale mnie niesamowicie wkurzają wałkowane w kółko te same tematy – dlatego nie znoszę świąt, a to dopiero początek.
- Jak na nią patrzę, to cała Baśka (siostra ojca)…
- Chcecie mi powiedzieć, że mam sztuczne zęby, nieudaną trwałą i 120 w pasie? – spytałam żartobliwym tonem, bo to jedyny sposób na zamaskowanie mojego zniecierpliwienia. Nigdy nie nauczę się panować nad językiem. Pytanie tylko, do kogo ta cecha charakteru jest podobna?
- Będziesz miała czwórkę dzieci, to też tyle będziesz miała w pasie.
- Nie będę miała żadnych dzieci – odpieram chłodno, bo zbliżają się do tematu, którego nie lubię poruszać tylko i wyłącznie dlatego, że nikt (pomimo dobrej argumentacji) nie chce go zaakceptować, a brak akceptacji zawsze prowadzi do kłótni, których mam dosyć.
- Dorośniesz, to zmienisz zdanie.
- Od 7 lat jakoś mojego zdania nie zmieniłam w tej kwestii, więc teraz, gdy jestem starsza niż kiedykolwiek, również go nie zmienię – mówię tonem wyjątkowo zimnym. Zaraz włączy mi się wyjątkowo nieprzyjemna cecha mojego charakteru, nad którą nie będę umiała zapanować w ogóle – szczerość. Powiem im dużo przykrych, prawdziwych słów. Ta cecha mierzi moją rodzinę wyjątkowo, bo jest celna. Bolesna. Wzbudza poczucie winy, a zaraz za nim chęć ataku, bo atak jest najlepszą formą obrony. Będą się wypierać, będą mówić, że jestem gówniarą, że nic nie wiem, że to nie prawda, ale prawdziwymi argumentami nie będą umieli odbić moich słów. Mówi się, że słowa ranią. Nieprawda.

Tylko naprawdę szczere słowa ranią. A święta to czas szczerości…

 

Jak się potoczy reszta wigilijnego wieczoru? Nie wiem. Ta sytuacja jeszcze się nie zdarzyła. Powiecie, że przesadzam, że wcale tak być nie musi. Powiecie, że faktycznie mogę trzymać język za zębami, że mogę się nie odzywać, zachować zimną krew, w końcu to są ŚWIĘTA. Powiecie dużo słów, które będą prawdą i które od prawdy będą bardzo daleko. Każda rodzina jest inna. Każda ma swoje demony. Pytanie, czy wywlekanie tych demonów w czas świąt to dobry pomysł? No bo jeśli nie wtedy, to kiedy?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wątpliwe uroki bycia ogarniętym

23 lis

Kiedy z człowieka-roztocza* przeistaczasz się w człowieka ogarniętego, to ludzie najpierw są w lekkim szoku, no ale jak są ludźmi w porządku to jakoś to skomentują i życie toczy się dalej. W momencie kiedy zaczynasz robić więcej rzeczy niż Twoi znajomi, zaczynasz mieć dziwne uczucie, że jesteś jedną z tych wkurzających osób, którą mają ochotę zamordować.

Najprostszy przykład – weźmy takie bieganie.

Nie żebym była osobą specjalnie aktywną – właściwie moja aktywność fizyczna kończyła się na chodzeniu do kibla, bo do lodówki mi się nie chciało (dlatego też nie mam opony), podobnie jak na uczelnię. Bieganie? Pobiegłam kiedyś raz, bo miałam wkurwa i mnie nosiło, także po przebiegnięciu na pałę 300 metrów prawie zrzygałam się pod nogi. Efekt prosty: NIGDY WINCYJ, JEBAĆ APOKALIPSĘ ZOMBIE, NIECH MNIE WPIERDOLĄ. Czasy się zmieniły, zmienił mi się trochę charakter, chęć zmian na poważnie nadeszła, więc i zaczęłam myśleć w kierunku „nie paść na zawał przed trzydziestką”.Myślałam o pływaniu, ale jest w nim pewna rzecz, która mnie drażni – nie mogę słuchać muzyki. Meh, co mi zostaje? Chodakowska w domu (czyli nie ruszę dupska), albo wyście na siłownię/bieganie. Jako, że bida z nędzą piszczy w portfelu, no to zostało bieganie. Poczytałam o tym, starałam się ogarnąć temat, buty były – no nic, dam szansę.

Pro-tip: kiedy biegasz z rozmysłem (czytaj: nie na pałę) i złapiesz rytm, to jest naprawdę przyjemnie.

Więc bieganie zostało, humor jakoś się poprawił, no to jak człowiek jest szczęśliwy, to chce się z ludźmi tym dzielić. I tu zaczynają się właśnie wątpliwe uroki. Robisz coś, czego im się nie chce, masz z tego fun i jeszcze zaczynasz o tym gadać jak opętany, więc od razu w ich oczach ze zwykłego spoko-człowieka zamieniasz się w takiego świadka Jehowy, który puka w drzwi i koniecznie chce przeciągnąć na ciemną stronę tosta.

Tak jest z każdym sukcesem jaki osiągniesz w pracy/w związku/w koszeniu betonu na czas – mogą być one naprawdę drobne, ale jeżeli zaczynasz o nich opowiadać (bo to całkiem naturalne, że chcesz podzielić się z kimś czymś fajnym, co Cię spotkało), skazujesz się na czyjąś antypatię. Może tak jest tylko w Polszy? Ciężko mi powiedzieć, ale niestety sama mam takie uczucie, od kiedy ruszyłam dupę.

Co w takim razie? Wyjścia są dwa: albo zamykasz mordę i przybijasz sobie piątki sam ze sobą w kąciku, albo szukasz pozytywnych ludzi, którzy sami osiągają jakieś sukcesy. Tak, stworzycie kółko wzajemnej adoracji, ale przynajmniej masz pewność, że ktoś po za Tobą powie „dobra robota, Grażyno”.

 

*człowiek-roztocz – pół człowiek, pół kołdra.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Listopad wcale nie ssie

19 lis

Listopad to takie depresyjne dziecko roku, gdzie wszyscy chcą żeby sobie poszło. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że ten miesiąc wyjątkowo jest nielubiany. Może z nim jeszcze konkurować luty, kiedy wśród resztek topniejącego, brudnego śniegu niczym boje wystają psie gówna.  Jestem w stanie zrozumieć dlaczego – zaczynamy chorować, słońca ni ma, to i coraz mniej się uśmiechamy, wszystko wygląda brzydziej niż cellulit na grubej dupie Grażyny spod piątki. No i pizga złem i szatanem. Tylko depresyjni masochiści muszą lubić coś takiego.

Z drugiej strony zaś my nie umiemy znaleźć piękna w tym smutnym jak pizda świecie. Nie widzimy, jaki piękny, stalowy kolor mają chmury, nie widzimy jak na mokrych drzewach lśnią krople deszczu, nie czujemy słodkiego zapachu powietrza. Nie chcemy dostrzegać – wolimy jak piękno mamy podstawione pod nos, na przykład latem, czy wiosną. Wiecie – laski są chętne, gorące i rozebrane, nogi ogolone. Jestem w stanie zrozumieć. Trochę to jednak smutne.

Cellulit na grubej dupie Grażyny spod piątki może skrywać bardzo fajną osobowość (albo układać się w kształt uśmiechniętego kartofla) – taki pryzmat, przez który wszystko może być sympatyczniejsze. Trzeba tylko chcieć.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Samiec alfa kontra partnerka z kokardką.

17 lis

Shout Box to dla wielu ludzi chodzących po forach znane miejsce – Ci, którzy jednak nie do końca wiedzą czym jest SB śpieszę z wyjaśnieniem: to taki wspólny czat forum, który widoczny jest publicznie i każdy może tam napisać co chce. Coś jak barokowy salon, brakuje tylko karłów, które noszą drinki. Albo może bardziej jak targ. Nie ważne, myślę, że wiadomo o co chodzi.

Na SB toczą się dyskusje, small talks, czasem gównoburza. Ścierają się na nim różne typy ludzi o różnych rysach charakteru z czego w efekcie wychodzą gwałtowne wymiany zdań, które często dają mi do myślenia.

Przybliżmy sytuację – mój chłopak miał wczoraj urodziny, wiadomo, wypada zrobić coś specjalnego – poszło szybkie pytanie: koronkowa, bordowa sukienka, czy jasnoróżowa dziewczęca? Do dyskusji przyłączył się Has, który z beczki stwierdził, że najlepiej sama kokardka, bo to najlepszy prezent dla faceta. Cyngiel zaś stwierdził, że zamiast tego wolałby dostać czekoladkę z marcepanem. Po wymienionych uprzejmościach typu: „lubię prawdziwych samców alfa”, oraz „czy zostaniesz na śniadanie?” wywiązała się dyskusja: Czy bycie samcem alfa musi oznaczać, że dominujesz nad partnerką?

Kim w ogóle jest samiec alfa? W oczach kobiety to mężczyzna silny – i niekoniecznie tutaj chodzi o to, że koleś bierze na klatę wszystkie ciężary na siłowni, w wolnych chwilach wciąga keratynę nosem, płyn pod prysznic ma wyciąg ze sztejka, a między pośladami gniecie orzechy, bo takie ma silne mięśnie pośladkowe. Chodzi o ten typ siły, z którym na pewno każdy się kiedyś spotkał – po prostu widzisz kolesia i wiesz, że zasługuje na szacunek. Widać to w jego sposobie bycia, chodu, sukcesach, ale przede wszystkim w tym, jak zachowuje się po porażkach i jak traktuje innych, w tym swoją kobietę – a traktuje ją przede wszystkim z szacunkiem.

Dobra, ale co to ma do kokardki?!

Otóż dużo – facet, który WYMAGA tej kokardki jest – cytując w skrócie – „siurakiem i onanistą”. Nie samcem alfa. Samiec alfa będzie wolał dostać czekoladkę z marcepanem niż swoją kobietę tylko w kokardce – i nie dlatego, że mu się ona nie będzie podobać. Jeżeli partnerka nie będzie mieć z tego funu, on też nie będzie specjalnie szczęśliwy. Nie będzie wymuszał na niej czegoś, czego ona nie chce. Siurosław będzie wymagał od laski, żeby ubrała się tylko w kokardę, bo „więcej mi nie trzeba, kochanie, pal licho, jeśli będziesz się przez to czuła jak przedmiot”. Nie mówię, że robienie za prezent na urodziny dla faceta to zły, poniżający pomysł, wiele dziewczyn raczej nie widzi w tym nic złego i świetnie się razem bawią z partnerami, odziane w tasiemkę. Są jednak też takie, które nie będą czuły się ze sobą dobrze. Przymuszanie ich do tego przez partnera stawia je w przykrej, niekomfortowej sytuacji, w której będą czuły się skrępowane. Szanujący siebie i innych facet tego nie zaakceptuje, a takich uważam za samców alfa.

To dotyczy OBU stron, nie tylko faceta – skoro ja szanuję Ciebie, Ty szanujesz mnie. Jeżeli ja nie zmuszam Cię do czegoś, Ty także mnie nie zmuszaj. Jeżeli ja odpuszczam na jakimś polu, Ty na którymś też musisz. Jeżeli oboje nie chcemy, to musimy iść na kompromis. „Stanisławie, załóż proszę lateksowe wdzianko, będziesz moim pieskiem” będzie okej, jeżeli Stanisław będzie czuł się z tym dobrze. Wystarczy postawić się na miejscu partnera.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kiedy powinieneś zastanowić się nad swoim życiem?

13 lis

Powinieneś to zrobić zanim po raz trzeci spróbujesz zawiązać stryczek, bo węzeł trudna rzecz.

Możesz też wtedy, kiedy kolejna osoba w Twoim życiu Cię zostawia, bo nie może już Cię znieść  i nie dlatego, że jesteś nie w porządku człowiekiem.

Myślę jednak, że najbardziej optymalnie będzie wtedy, gdy jesteś niezadowolony ze swojego życia, zanim osiągniesz w/w progi.

Nie trzeba mieć lat doświadczenia, trójki dzieci, czarnego pasa w karate, czy bycia tybetańskim mnichem, żeby do tego dojść. Poniekąd zadajesz sobie to pytanie w momencie, gdy jest Ci źle od dłuższego czasu: „Czemu nic nie chce się ułożyć w moim życiu?”. Otóż mój Drogi, bo ssij. Jak wyrzucasz puzzle z pudełka, to same Ci się nie układają – musisz zrobić to wszystko sam.

Oczywiste, prawda? Od kiedy próbuję ogarnąć własne i o dziwo wychodzi mi to nieźle, to widzę po moich znajomych, rodzinie i ogólnie ludziach, że generalnie to wolą robić milion innych rzeczy oderwanych od rzeczywistości, niż po prostu te puzzle poukładać. No i potem słyszę: „No chujowe, chujowe to życie”.

Eeem… to zrób coś, żeby to zmienić?

No tak, ale na drodze pojawia się mnóstwo wymówek, żeby czegoś nie zrobić. Bo brak środków, bo brak czasu, bo za trudne, bo ziemniaki na gazie i kurde, na Pudelku pojawiło się zdjęcie owłosionej dupy tego tam aktora, co grał drzewo nr 3 w 1232 odcinku „Klanu”. Krótko mówiąc, srały muchy. Wiem to, bo byłam na takim poziomie wmawiania sobie pierdololo, że wszyscy w to autentycznie zaczęli wierzyć, utwierdzając mnie w przekonaniu, że mam rację, czyniąc mi tym samym ogromną krzywdę.

Od kiedy przestałam narzekać (a sam tego blog jest dowodem, że jestem w tym mistrzem na skalę co najmniej europejską), a zaczęłam robić, niezmiernie wkurza mnie sama ta czynność – o ile fajnie narzeka się z przymrużeniem oka, tak w momencie, gdy narzekanie zajmuje nam większość rozmów zarówno z innymi jak i ze sobą samym, to należy się właśnie zastanowić nad swoim życiem. Oczywiście, pewnie nie będzie Ci się chciało tak naprawdę niczego zmieniać (been there), ale w tym momencie powinieneś po prostu zamknąć twarz i przestać truć życie innym, bo prawdopodobnie mnóstwo ludzi będzie miało dosyć słuchania pierdolenia.

Unikniesz wtedy patrzenia jak kolejna osoba prezentuje Ci swoje łopatki i środkowego palca.

No i szukania w Google jak wiązać stryczek.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ta gra Cię zniszczyła

12 lis

- Ta gra Cię zniszczyła.

- Ta gra zbudowała mnie od nowa – gdyby dźwięki na fejsie uosabiały ton mówcy, bez wątpienia byłby to warkot. Spojrzałam na godzinę – za dziesięć minut miałam tramwaj i chociaż serce podpowiadało mi, że mogłabym wymieniać się argumentami dalej, to rozum dawał mi do zrozumienia, że takie wyjaśnienie nie wystarczy wykładowcy, gdy spóźnię się na laboratoria. Zamknęłam więc zirytowana laptopa, naciągnęłam kurtkę na plecy i wyszłam prawie trzaskając drzwiami.

Nie palę, więc odpowiednikiem fajki jest w tym momencie balonowa guma do żucia. Ze złością strzelam balonami, jakby miało mnie to uspokoić. Co ona może wiedzieć o moim życiu, skoro nie odzywa się od pół roku, a potem wyjeżdża mi z teorią, że mój upadek na przełomie lutego i marca to wina tylko i wyłącznie gry? Nie była tu, nie widziała mnie, nie rozmawiała ze mną – i dobrze, bo prawdopodobnie nie było czego oglądać po za dziesięciometrowym mułem na którym nie chciały rosnąć wodorosty.

„To nie wina gry” powtarzam uparcie w myślach, „To moja wina, że grę wybierałam”.

 

Wyobraźcie sobie taki scenariusz – nie idzie Ci w pracy i na uczelni. Automatycznie szukasz pomocy lub wsparcia od przyjaciół i bliskich, ale oni nie mają czasu, bo mają swoje życie i swoje problemy, nie mogą więc zająć się głaskaniem Cię po głowie i budowaniem w Tobie przeświadczenia, że nie jest tak szaro, jak Ci się wydaje. Zaczynasz więc być coraz bardziej wkurzony – na pracę, na uczelnię, na ludzi, bo nic nie chce się po prostu ułożyć i kwitnie w Tobie takie bardzo złe ziarno, że ten świat jest beznadziejny. Ludzie wybierają różne drogi do odcięcia się – jedni fajki, inni dragi, jeszcze inni alkohol, ale Ty wybierasz grę, bo nie jesteś tak nierozsądny. Zostawiasz ten cały bajzel za sobą, pokazujesz środkowy palec do wszystkiego i całą swoją wściekłość i bezsilność pakujesz w napisany przez inteligentnych ludzi program, służący rozrywce.

Idziesz na soloq – grać w grę umiesz, ogarniasz postaci, znasz rolę, znasz cel. Proste jak budowa cepa, bo musisz tylko wygrać. No ale przegrywasz. Jedną, drugą, kolejną grę i spadasz w rankingu. Dostajesz tilta – no bo Ty się starasz, robisz plejsy, a cały team chyba po prostu chce przegrać, bo rujnuje wszystko co chcesz zbudować. Banda matołów, ale nie kończysz gry, grasz cały czas na tilcie, wkurzasz się, gorzej grasz, ale tego nie widzisz.

 

Prawda jest taka, że nic nie widzisz. Zwłaszcza wielkiej, czarnej dziury, do której zmierzasz.

 

Powoli kończy się semestr, nic nie zaliczyłeś, chociaż OCZYWIŚCIE próbujesz siąść do notatek. Praca ssie, bo cały czas spędzasz tam dużo czasu, wmiawiając sobie, że potrzebujesz kasy, a że polega na staniu i gapieniu się w przestrzeń, to myślisz, że dużo lepiej byłoby teraz grać – ostatnio wywaliłeś niezłe staty na Ahri trzy gry z rzędu, jest szansa wyjść wyżej, niż ten silver 4. Gdybyś tylko nie miał tyle na głowie… Ta pieprzona uczelnia to strata czasu, nie chcesz tego robić, po co się uczysz na kierunku, który w sumie gwarantuje Ci co najwyżej papierek, bo w tym kraju i tak nie ma pracy? Siedzisz i harujesz, ale to jest za trudne. Mechanika Ci się nie przyda, sam profesor XYZ to przyznał… no ale już jeden kierunek rzuciłeś, wypadałoby ten zdać… Kurde jeszcze trzy tygodnie do sesji, tylu rzeczy nie oddałeś i nie zdałeś. To nie jest trudne, jesteś w stanie się tego nauczyć. Czemu tego nie zaliczyłeś? Przecież to były proste pytania. No tak, ale uczyłeś się z czego innego. Zaspałeś na poprawę, bo po tym jak się uczyłeś wbijałeś promo, które przegrałeś i chciałeś znowu je mieć, a skończyło się na tym, że była czwarta rano, a Ty skończyłeś 15 lp? Jezusie, ale jesteś beznadziejny. Nie nadajesz się do niczego. To jest takie proste wyjść z silvera, a Ty oczywiście nie tylko nie wyszedłeś, ale w dodatku znowu nie poszedłeś na zaliczenie i po prostu tego nie zdałeś. Znowu. Nie poszedłeś na egzamin, bo stwierdziłeś, że i tak go nie zdasz, chociaż nawet nie spróbowałeś. Szkoda na Ciebie patrzeć…

 

Jesteś na prostej drodze do samozniszczenia. Widzisz to, ale jest już za późno. Jesteś w piekle, gdzie więzieniem nie jest już świat. Nie jest silver. Nie jest uczelnia.

 

Jesteś w swojej głowie pełnej demonów, które karmiłeś złymi wyborami.

 

W najgorszym momencie płakałam przez cztery dni, przez trzy noce nie spałam, marząc, żeby po prostu umrzeć i myślałam jak to zrobić, żeby nie bolało, a było szybko. Wyrzucili mnie z uczelni. Mieli mnie wyrzucić z pracy, bo żeby w niej pozostać, musiałam mieć ważną legitymację studencką. Chłopak ode mnie uciekał, bo nie wiedział jak ze mną rozmawiać. Znowu wbiłam nóż w plecy rodziców, którzy naprawdę na mnie liczyli, ale nic z tych rzeczy nie mogło równać się z demonem, którego żywiłam wściekłością, bezsilnością i nienawiścią do samej siebie i swojej słabości. Zostałam sama. Nie mogłam patrzeć w lustro bo widziałam osobę słabą, poddającą się za każdym razem gdy nie wychodziło – już nie w grze. W LoLu po 20 minutach możesz się poddać i zacząć od nowa. W życiu nie możesz wpisać /ff, nie możesz wyjść, klikając exit. Kiedy Ci nie wyjdzie, nie tracisz punktów tylko coś dużo cenniejszego, jeżeli nie zaczniesz walczyć.

Siebie.

 

Szłam do tramwaju oglądając pierwsze, zżółkniałe liście. Minęło już pół roku od tamtej dziury. Pół roku budowy nowej osoby. Pół roku to mało, a mam wrażenie, że tamta dziura była wieki temu. Strzelam balonem – jeśli jej nie powiem, że gra, która doprowadziła mnie na skraj obłędu nauczyła mnie równie wielu rzeczy, co mi odebrała, to mi nie uwierzy. Pewnie i tak tego nie zrobi.

 

Skreślili mnie z listy studentów, ale napisałam odwołanie i poprosiłam o przywrócenie na drugi semestr (byłam na trzecim, zaczynał się czwarty). Miałam praktycznie pół roku wolnego i wiedziałam, że mogę śmiało się opierniczać, bo nic mnie już nie goni.

Nie zrobiłam tego. Zaczęłam nowy semestr, robiąc go awansem (zdając przedmioty, których nie mogłam mieć, bo byłam niżej, a wchodząc normalnym trybem mogłam mieć trochę wolnego czasu, który chciałam przeznaczyć na dodatkową pracę). Uczyłam się odpowiedzialności i przygotowywałam na harówkę, bo do zapłaty miałam 2k gelda za warunki, na co moich rodziców nie było stać, ani tym bardziej mnie. Uczyłam się systematyczności. Wciąż się nienawidziłam, często miałam nawroty płaczu i chęci rzucenia wszystkiego, i wyjazdu w Bieszczady – ale nie upadałam, zaciskałam zęby, zwalniałam tempo i parłam dalej. Przestałam narzekać – kiedy próbowałam, strzelałam sobie mentalnego liścia i kazałam przestać być pipą.

Jednocześnie chciałam wejść do golda (skin za darmo, cebula mocno), ale musiałam przyjąć, że coś trzeba zmienić. Grałam już wtedy mniej, ale dużo bardziej świadomie. Widziałam popełniane błędy nie tylko u sojuszników, ale zaczęłam widzieć swoje. Team przestał mnie obchodzić, liczyło się to, że CHCĘ coś poprawić u SIEBIE. Zeszło na mnie olśnienie, jakbym co najmniej odkryła nowy pierwiastek, jednocześnie śmiejąc się ze swojej własnej głupoty. Wiedziałam co muszę poprawić i w życiu, i w grze, żeby zobaczyć jakiś progres.

Tym czymś były decyzje.

 

Wbrew pozorom to co się dzieje na SR nie różni się wiele od tego, co spotyka nas na co dzień. Będąc w jakiejś konkretnej sytuacji musimy analizować co nas spotyka,  jakie mamy wyjścia i oczywiście coś wybrać. Moim błędem była po prostu ucieczka, bo tak bardzo bałam się porażki, że nie wybierałam nic, pozwalając, żeby świat wybrał za mnie. Przestało mieć znaczenie, czy jestem w grze, czy jestem na uczelni. Liczyło się to, że póki mam wybór, to wybieram, bo wtedy mam w sobie siłę sprawczą i wiem, że przynajmniej próbuję. To dużo lepsze niż świadomość, że czegoś nie zrobiłam, bo się bałam upadku.

Dzięki temu zrozumiałam, że porażka jest czymś naturalnym. Czymś, co normalnie nas spotyka na wielu płaszczyznach życia i gry. To właśnie ona pozwala nam się uczyć – czy to lepszej wymiany na linii, czy tego, że coś możemy poprawić, żeby ponownie do niej nie dopuścić. Oczywistości? No pewnie, że to jest oczywiste, ale często na oczywistościach się wykładamy, bo o nich zapominamy.

Zapominamy być krytycznymi wobec siebie, bo tak bardzo boimy się popełnianych błędów. Zapominamy, że wiele rzeczy od nas zależy, bo jesteśmy jednym człowieczkiem pośród milionów – ale w naszym otoczeniu mamy wpływ na życie najbliższych, a w grze mamy wpływ na wygraną i pięcie się w górę w rankingu. Zapominamy, że są rzeczy i osoby ważniejsze od rozrywki. Zapominamy walczyć, „bo nigdy nie będziemy najlepsi”. Wyłożyłam się na takich bzdurach.

 

Wyplułam gumę do kosza na śmieci, tramwaj dotoczył się na przystanek. Słońce odbijało się od pożółkłych liści. Zerwał się wiatr, strząsając kilka z nich i miotając nimi, jakby były śniegiem. „Ona i tak mi nie uwierzy”, pomyślałam oglądając, jak liście okrążają głowy goniących je dzieci. Nadal siebie nie lubię, ale coraz częściej słucham tego, co mam sobie do powiedzenia. W końcu w czarnej rozpaczy jedyną osobą, która dotrzymywała mi towarzystwa byłam ja sama.

 

„Nie musi – odparł głos rozsądku. – To nie była jej lekcja.”

 

 

 

Tekst pojawił się jako artykuł konkursowy na stronie How2Win.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Smutny autobus, czyli jak nauczyć ludzi sadyzmu

26 cze

Wszyscy wiedzą, że internet to środowisko pełne chamstwa, hejtu, anonimowości i generalnie przyjazne miejsce to nie jest. Rzadko kiedy to chamstwo, rasizm, sadyzm wychodzi po za ramy wirtualnego świata, ale ostatnio po internetach krąży mem ze smutnym autobusem.

O co chodzi – mamy Smutny Autobus wyglądający jak Warszawa po powstaniu, który wraca do domu po widocznie ciężkim dniu. W tle leci łamiąca serce muzyka, że co wrażliwsi już mają świeczki w oczach. Z ulgą podobną do człowieka z biegunką znajdującego WC, Autobus chce zasnąć na swoim miejscu parkingowym, koło odpicowanego białego autobusu. Ten jednakowoż go odpycha, przez co nasz Smutek na kołach musi zadowolić się miejscem koło śmietnika. Budzą go dzieci, malujące na nim słowo „BRUDAS”, więc Autobus ze łzami w oczach odjeżdża, aby zatrzymać się przy bilboardzie promującym wesoły, biały autobus a w nim radosne dzieci. Nasz bohater również chce być taki sam, więc okrywa się białym prześcieradłem, które niestety zwiewa wiatr, przez co straszy małe dzieci na przystanku. Załamany Autobus myśli o samobójstwie, więc jedzie na złomowisko. Stojąc na taśmie podlatuje do niego mały motylek (który również ma złamane skrzydło, widać to po plastrach) i go pociesza, po czym wyłącza maszynę. Autobus się cieszy, serce roście, widać nadzieję w jego oczach, w tym brutalnym jak fatality w Mortal Combat świecie jest ktoś, kto go zaakceptował takim, jaki jest…

I PRZYCHODZI URZĘDNICZKA I ZABIJA NAM BOHATERA.

Po obejrzeniu spotu siedziałam jak oniemiała. Nie wierzyłam własnym oczom, jak coś takiego mogło przejść w Ministerstwie, gdzie pracują ludzie wykształceni. To NIE JEST spot promujący brak litości dla starych autobusów, jak głosi slogan, to była ostatnie rzecz, jaka przyszła mi do głowy. To spot, gdzie promuje się brak litości dla gorszych, starych, wyśmianych podmiotów. To jest pieprzony sadyzm. Spot jest co prawda skierowany do osób, które posiadają dzieci i pewnie rozumieją o co POWINNO chodzić w tym spocie, to mimo wszystko wszędzie czytam, że to jest pochwała dla osób, które z radością kopią w brzuch leżącego, bo jest gorszy. Ministerstwo może się bronić, że „to nie ma nic wspólnego z tematyką wykluczeń społecznych”, ale spójrzmy prawdzie w oczy – to bajkowa animacja, a bajki to zawsze alegoria tego, co dzieje się w życiu. Osoby, które tworzyły ten spot musiały opuścić wiele lekcji polskiego.

„To co Mrófko, twierdzisz, że stare autobusy powinny wozić nasze biedne dzieciątka, żeby autobusom nie było przykro?”

Nie, absolutnie. Wiem, że jest to bardzo poważne zagrożenie życia i bezpieczeństwa (w końcu studiuję inżynierię bezpieczeństwa, lul), ale do cholery jasnej, jeśli mamy przedstawić bohatera jako tego negatywnego, który ZAGRAŻA życiu to takim go przedstawmy! Przedstawiciele Ministerstwa piszą: „Nie ma sensu szukać drugiego dna w miejscu, gdzie go nie ma!”. W takim razie bez potrzeby dają bohaterowi charakter, duszę, uczucia, emocje! To od razu daje nam do zrozumienia, ze jest drugie dno. Mam wrażenie, że twórcy to ludzie, którzy ledwo zdali marketing i zbyt często wchodzą na chamsko.pl, albo scenariusz pisał George R. R. Martin tyle, że w tle brakuje krwi i cycków.

Jeśli cokolwiek mogę powiedzieć pozytywnego, to na pewno to, że udało się Ministerstwu zwrócić uwagę na ten problem, bo wiem, że to poważny temat, który należy poruszyć. Jasne, o to w końcu chodziło, ale nie można osiągać tego tak sadystycznymi środkami, nie animacją, która zarezerwowana jest dla bajek o dobrym zakończeniu. Wystarczyło trochę kreatywności, aby zrobić ten spot na tyle dobrze, aby wpadał w oko i nie zostawiał po sobie takiego niesmaku. I tak żyjemy w czasach chamstwa i cebuli – po kiego to jeszcze promować?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pieprz się, Mrófka.

12 lut

Moje towarzystwo wyjątkowo mnie ostatnio wkurza. Moje myśli wymieniają się ze mną osobami i albo ja jęczę, a one są na mnie wściekłe, albo na odwrót. Idzie oszaleć.

***

Chodnik lśnił tajemniczo w świetle ulicznych lamp. Mrófka ponuro patrzyła jak płyty pod jej nogami zlewają się szybko tworząc mroczne lustro odbijające pomarańczowe światło i cienie drzew. Zimno przenikało jej ciało, ale  nie zwracała na to uwagi. W jej głowie wracał wciąż pomysł ucieczki od wszystkiego – nawet od tego na czym zależy jej najbardziej.

- Byłabyś gorsza niż swój brat – warknęła Mrófka w głowie.

- Pieprz się.

- Nie poruszaj tematu masturbacji, tylko weź się w garść. Nie jesteś jedyną jednostką na tym świecie z problemami. Nie uciekniesz od tego, nawet jakbyś uciekła na pieprzony Księżyc. A nawet jeśli, to nie masz na to jaj, żeby to wszystko rzucić w pizdu – powiedziała Mrófka zimnym tonem.

- Pierdol się.

- Wiesz co jest w tobie najgorsze? Że tak na prawdę lubisz takie sytuacje, bo lubisz się użalać. Zupełnie jak mama, z tą różnicą, że zamartwiasz się wyłącznie sobą. Myślisz, że nie ma wyjścia? Wyjścia może nie być z Pętli Mobiusa. A Ty chcesz po prostu się poddać, bo chcesz znowu zacząć od nowa i dotrzesz do tego samego miejsca, i nie ruszysz dopóki tego nie przerwiesz. No ale ktoś chce wciąż nad sobą płakać. – rzekł głos w głowie z nutą cheerleaderki oglądającej swoje paznokcie.

- Wal się – burknęła w myślach dziewczyna, chcąc aby głos odszedł.

- Może trochę więcej kreatywności? Bez zbędnych przekleństw – powiedziała Mrófka przybierając wyzywający ton głosu.

- Turlaj dropsika – odparła zjadliwie realna Mrófka, krzywiąc się do swoich myśli.

- Wow, jeszcze pomyślę, że jesteś dowcipna. Znajdź w końcu jakiś cel na którym ci zależy. Bo tutaj leży twój problem.

- Och, bo nie wiesz. Siedzisz w mojej głowie jak jakiś nowotwór i nie wiesz?

- Przyznaj to przed sobą. Dopóki nie wypowiesz tego w myślach nie znajdziesz ukojenia i będziesz się miotać jak ten wąż do piosenki braci Figo Fagot.

- Chcę po prostu iść jakąś swoją pieprzoną drogą. Wszyscy mówią, żebym się nie poddała, sama sobie tak mówię, że nie będę płynąć z prądem rzeki, ale to może właśnie ci co walczą płyną z tym cholernym prądem? Może ja chcę wyjść z tej cuchnącej wody? Może w ogóle chcę wyjść z tego cholernego świata, bo wkurza mnie podporządkowywanie się wszystkim dookoła? Może chcę zrobić coś, żeby wszystkim poodpadały szczęki, żeby już przestali mi ględzić. Dotyczy to też ciebie. ZWŁASZCZA ciebie, Mrófka.

- Ktoś tu jest zły na sumienie?

- Było lepiej, jak cię nie było.

- Ktoś musi cię ogarnąć.

- Możesz mi ogarnąć pokój. Brakuje mi dziwek, żeby zrobić z tego prawdziwy burdel.

- Nawet w głowie nie umiesz mi dogadać.

- Daj mi spokój. Po prostu daj mi spokój.

- Przyznaj, że potrzebujesz pomocy, to się zastanowię.

- Och tak. Rozmowa z samą sobą prosi się o pomoc specjalisty – warknęła Mrófka. – Chcesz mi pomóc? Albo podsuń mi jakiś pomysł, albo spadaj do odmętów podświadomości, bo to nie jest romantyczny spacer dla dwojga.

- Weź się w garść.

- Nasłuchałam się tego w ciągu tego tygodnia już za dużo. W garść można zacisnąć pięć i komuś przyjebać. Chciałabym to zaprezentować na tobie.

- Z boku wyglądałoby to całkiem zabawnie. Do rzeczy – jeśli chcesz wyjść z tej swojej rzeki, to to zrób. Miej jaja. Zawsze je miałaś, Bogu dzięki wyimaginowane. Na twoim miejscu bym je wszystkim zaprezentowała, wymachując nimi jak lassem. Zrób to i tyle. Użalać się nad sobą to potrafisz lepiej niż twoja matka, bo przynajmniej umiesz się z tego śmiać. Złap dystans dziewczyno i zrób coś. Cokolwiek. Możesz nawet uciec. Możesz wysadzić w powietrze budynek publiczny. Ale jeśli chcesz, żeby coś się stało, to musisz przestać siedzieć bezczynnie. To wszystko.

Głos odszedł. Ostatnie echa jego słów rozbrzmiewały gdzieś, rozpraszając się coraz bardziej jak dźwięk dzwonków powietrznych poruszonych przez podmuch wiatru. „Najlepszym psychologiem dla siebie, jesteś ty sam” pomyślała dziewczyna na odchodnym.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bardzo mondre filozofje.

22 gru

Niby to zaledwie drugi dzień w domu, a już nie wiem za co się zabrać – i niekoniecznie dlatego że mi się nie chce (bo – uwaga – CHCE MI SIĘ, co jest strasznie, strasznie dziwne), ale dlatego, że nie mam co robić. Z desperacji, co generalnie w moim charakterze nie leży, zaczęłam robić zadania z matmy przez 3,5 godziny, czyli pobicie mojej średniej uczenia się kiedy miałam maturę.

W ramach porządków przedświątecznych pozwoliłam sobie również na czystkę w znajomych na twarzoksiążce. Naszła mnie refleksja (jak zawsze w nocy i jak zawsze kiedy nie mam zajęcia przez więcej niż dzień), że gdybym miała wywalić każdego, z kim nie trzymam kontaktu, to zostałoby mi około 10 znajomych. To mało, więc pozwoliłam sobie zakreślić nieco większy krąg i zostawić tych znajomych których mogę spotkać, których faktycznie znam i których dobrze wspominam. No bo w sumie, po co mam trzymać znajomych, których nie zobaczę nigdy w życiu, a nie mam z nimi kontaktu? Z przyzwoitości trzymam niektórych znajomych klasowych o których kompletnie nic nie wiem, po za tym, że chodzili ze mną do klasy i tego jak mają na nazwisko. Nie wiem po co, skoro i tak wywaliłam ich do dalszych znajomych, ale skoro już są, to wypada się chociaż przyznawać, że z takimi się chodziło.

Zauważyłam pewien ciekawy fakt, dotyczący lenistwa. Nie wiem, czy mam tak tylko ja, czy być może ktoś jeszcze na świecie, ale w momencie, kiedy absolutnie nie mam nic do roboty, ani nie mam żadnego zajęcia – lenistwo nie jest już takie fajne. Niesamowicie męczy i prowadzi do desperacji, jak ten moment z matematyką.

Patrzę na poprzednie tematy postów i brzmią strasznie samobójczo. Zaczynając pisać ten blog nie o to mi w sumie chodziło…

Rozkminę mam jeszcze o wielu, wielu sprawach, ale nie są one na teraz – nie na ten wieczór i nie na to samopoczucie, które (o dziwo) jest całkiem niezłe.

Przypadeg? Niesondze…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii