RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

Puk-puk-puk

25 maj

Chciałabym powiedzieć, że wróciłam. Chciałabym powiedzieć, że znowu wrócę do pisania i będę to robić regularnie, ale tak samo chciałabym być milionerką i być piekielnie, seksownie inteligentna. Nie oszukujmy się – słaby ze mnie bloger, jak i ssę w kwestii bycia milionerką (o seksownej inteligencji nie wspomnę).

Po prostu… zapukała do mnie dorosłość. Puk-puk, kredycik, puk-puk wkrótce koniec studiów. Puk-puk, praca sama się nie wykona, puk-puk pora być lepszą wersją siebie.

Puk-puk-puk!

A jednak… Wciąż wraca do mnie pewien pomysł. Pomysł szalony, marzenie tak odległe, że jego realizacja wygląda jak ślepa uliczka. Od kilku, a nawet kilkunastu lat. Ostatnio tak często, że zastanawiam się, czy może to nie jest to śmieszne powołanie? Znacie mnie (tak na serio to nie, ale ładnie brzmi ten zwrot) i wiecie, że nie wierzę w los, w znaki, w sny. Wierzę w prawdopodobieństwo, chłodną logikę i skurwysyństwo. Wierzę w ciężką pracę, chociaż jak na wyznawce coraz częściej skłaniam się ku „wierzęcemu-niepraktykującemu”.

Coraz ciężej idzie mi wiara w siebie. A dorosłość stuka.

A może to właśnie ten szalony pomysł, wciąż niezrealizowany, dobijający się spod mego czerepu jak demon, którego wciąż próbuję oswoić?

PUK-PUK-PUK.

KIM JESTEŚ, STUKAJĄCY?!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gdzie jest granica?

30 kwi

Wiecie, co jest najlepsze w granicach? To, że wyznaczamy je sobie sami, indywidualnie, coś na kształt: „nie będę pił więcej niż piwo dziennie”, „będę biegać przynajmniej 2 kilometry w tygodniu”, „będę dawać dupy na trzeciej randce”. Granice są dobre, bo pozwalają nam określić nasze zachowania, stanowią taką poduszkę ochronną, która stanowi naszą strefę komfortu – nie przekraczając jej wiemy, że nic nas nie będzie boleć, nie wystawimy się na jakiekolwiek ryzyko.

Granice są okej.

Ja wolę je przekraczać.

Generalnie lubię się sprawdzać. Lubię ryzyko. Lubię się umartwiać, lubię jak mnie boli. Lubię stawiać się w sytuacji, z której nie ma powrotu, bo wtedy się hartuję. A boli często.

To nie jest proste, bo nikt nie lubi, jak jest nam źle i niewygodnie. Może sobie biegać na czilku pięciu kilometrów, ale czemu nie spróbujesz dziesięciu? Czemu nie poświęcisz kilku godzin więcej w pracy, żeby osiągnąć jakiś próg? Czemu nie chcesz się zmęczyć?

Ludziom czasem się wydaje, że łamanie granic, to strata kontroli. W niektórych przypadkach na pewno, ale nie w sytuacji, kiedy zamierzasz je pokonać z całą świadomością.

Mnie się wydaje, że łamanie ich wiąże się właśnie z większą kontrolą – musisz kontrolować ból, być przygotowanym na konsekwencje, pilnować się na zderzenie z murem bezpieczeństwa i rozwalić go w drobny piach.

Spytasz: „A po co w ogóle rozwalać sobie granice, po co je przesuwać, po co sprawdzać, co jest za nimi?”

Odpowiem, żeby sprawdzić, czy za nimi jest niebo, czy piekło.

Miłej majówki!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak żyć, Panie, jak żyć?!

18 mar

Obiecałam sobie, że ten rok będę szczęśliwa, przynajmniej przez większość czasu. I przyznam szczerze, że gdy na początku wydawało mi się to niemożliwe, tak teraz banan z ryja schodzi mi bardzo rzadko. Okej, dużą część z tego robi pogoda, no ale pls, nie zamierzam oddawać jej całej zasługi, w końcu bycie szczęśliwym to styl życia.

Wyjebanie do góry nogami swojego światopoglądu i podejścia, które miało się przez 20 lat jest ciężkie – coś na kształt bycia ateistą i stwierdzenia: „A chuj, uwierzę w Bozię”. Spoko, Bozia się cieszy, pytanie, czy faktycznie poczułeś jak Duch Święty w postaci gołąbka musnął Cię skrzydłem wiary, czy raczej uczucie jest jakbyś wszedł na imprezę dla oddziału hospitalizacji po wylewie – nie bardzo ogarniasz jak masz się teraz zachowywać. No bo halo, to tak, jakbyś miał już nigdy nie być sobą, tak?

Więc pierwsze co, to robisz burdel w swoim życiu – większy niż masz. Podkładasz dynamit pod fundamenty, tłuczesz talerze, przestajesz spać z misiem. Często musisz wypieprzyć rzeczy, które naprawdę kochasz – granie, imprezy, a przede wszystkim ludzi. Dla wielu to rzeczy nie do przeskoczenia – bo umówmy się, łatwiej nam wyrzucić ulubiony kubek, niż jakąś relacje. Kubek odkupisz, a budowanie z ludźmi czegoś od nowa jest pracochłonne i ryzykowne. Boimy się samotności i wolimy się dusić i dawać tłamsić, niż popracować nad czymś zdrowszym.
Ten etap jest najtrudniejszy – możesz jak ja przejść go sam, oddzielić ludzi, którym naprawdę na Tobie zależy od tych, którzy mają na Ciebie wyjebane, albo gorzej – którzy Cię niszczą. Teraz to Ty musisz postawić siebie na pierwszym miejscu. Zabawne, bo za przepuszczenie kogoś w kolejce do kasy jesteśmy gotowi łamać karki, a w życiu każdy inny jest ważniejszy od nas. Czasem jest naprawdę trudno i jeżeli nie umiesz poradzić sobie sam, to idź porozmawiaj z kimś, kto Ci pomoże – mama, ksiądz, terapeuta, ale najpierw pogadaj ze sobą. To Ty jesteś teraz najważniejszy.

Załóżmy, że się udało – całe Twoje życie jest rozpierdolone. Świetnie, bo teraz pora je poustawiać od nowa, więc pora wejść w rolę architekta. Gdy buduje się dom, to nie robi się tak, że przychodzi pan Józek, który mówi: „Dobra, Panowie, jebnijmy hacjendę”. Dom buduje się na planie, więc cóż… układasz plan.

Plan to najłatwiejsza część. Ustalasz priorytety od nowa, spaliłeś właśnie wszystkie mosty, wyjebałeś fundamenty w kosmos, zaczynasz z czystą kartą… i nowymi doświadczeniami. Ze świadomością błędów. Z tym co spierdoliłeś w swoim życiu i co trzeba zmienić. Jak nie dopuścić, żeby piwnica nam nie gniła, a dach nie spadł nam na łeb. Planujesz. Najłatwiej planować to co największe i od tego zaczynamy – praca, relacje, uczelnia. Czasem planowanie to jeden przejazd tramwajem. Czasem kilka dni. Dobrze jest mieć jakiś i przede wszystkim pozwolić mu być elastycznym – bo co jeśli 25 kwietnia nie znajdziesz swojej jedynej miłości? Nie znajdziesz pracy? Co jeśli środki przeznaczone na pierwszą życiową podróż do Zimbabwe poszły w piździec, bo choroba? No właśnie. Plan ma być wyznacznikiem, a nie kajdanami.

Przechodzimy do części, którą wiele osób uwala – no bo nie każdy musi od razu zmieniać całe swoje życie (wystarczy remont), niektórzy plan mają nakreślony w kilku kreskach…

Czyny, nie słowa.

Gadanie ma to do siebie, że jest gadaniem. Prawdziwa praca nad sobą zaczyna się teraz, bo teraz musisz się ruszyć i czasem czekać jakiś czas na efekty. Tutaj zaczynasz walkę z głową. Nie ma się co nad tym rozwodzić, bo kto nie chce – szuka powodu, kto chce – szuka sposobu. Dziękuję, tyle w temacie.

Mi zeszło pół roku i na ten moment naprawdę czuję, że się zmieniłam. To też nie oznacza, że w takim razie koniec pracy nad sobą – praca ta będzie ciągła i przez całe życie, kwestia tego, aby ją polubić. Na początku jest trudno. Krzywo. Nieswojo. Potem idzie łatwiej i zaczynamy się lepiej czuć. Często towarzyszył mi strach, pisałam z resztą o tym, jak strasznie się boję. Musiałam kilka razy na dzień powtarzać jak mantrę, że „nie będę więcej się bać”. W końcu przestałam. Najgorsze mam za sobą – przynajmniej to, co planowałam, że takie będzie. Poznałam dużo fajnych, wspaniałych ludzi. Dużo się cieszę i większość rzeczy idzie po mojej myśli. Jasne, są dni, kiedy w siebie wątpię, gdy się martwię, gdy nie mam pojęcia, co dalej. Ale gdy nadchodzi strach i chce mnie znowu wepchnąć do mrocznej studni gdzie czeka na mnie mój Demon…

… to podejmuję walkę, bo wiem, że życie w strachu nie jest życiem. Miłego dnia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mowa ciała

28 lut

Podobno język niewerbalny daje nam dużo więcej informacji od werbalnego. Co więcej – łatwiej go wyłapujemy i bardzo ciężko jest nam nim kłamać, można rzec, że jest to nie możliwe. Po sytuacji jaką przeżyłam z czwartku na piątek wciąż jestem w szoku, jak można nie ogarniać takich rzeczy. Skończyło się stłuczoną nogę i potęgą demona kobiecej wściekłości. Do rzeczy.

Piwo. Imprezka. Karaoke z ludźmi z nowej pracy. Wśród nich jest niejaki M., człowiek, któremu wpadłam w oko – zdecydowanie jednak on nie wpadł w oko mnie, ale nic do chłopa nie miałam, nawet w porządku się z nim gadało. W każdym razie, gdy czynił pewne gesty, które stosunkowo jednoznacznie mówiły co zamierza, to starałam się równie jednoznacznie mówić, co o tym sądzę.

Rul namber łan: Czasem sugestie nie docierają do niektórych łbów.

M. pił szybko – zdecydowanie za szybko, bo po 4 piwie ja kończyłam pierwsze. Chłop budowy trzciny i nie ważne, że powiedział, że umie wypić osiem piw – masy nie oszukasz. Wzrok mu zmętniał, twarz rozluźniła, a ręce zamieniły się w lepkie łapki. W tym momencie nie bawiłam się w lekkie sugestie, tylko normalnie unikałam dotyku – nie tylko dlatego, że koleś nie był w moim typie – znam człowieka ledwo tydzień, jest dla mnie stricte obcą osobą. Po za tym to jest oczywiste, że jak strzepujesz czyjąś rękę z talii, to jest to sygnał, że nie jesteś zainteresowana i tę łapę ma wziąć.

Rul namber tu: Jak nie podoba Ci się czyjś dotyk na imprezie, a nie chcesz wzbudzać niezręcznych awantur i dymu – idź i wyjaśnij to w miarę na osobności.

Po dwóch piwach i kamikadze nastrój był całkiem przyjemny – świetnie się bawiliśmy, no i zaczęło się karaoke. Problem był taki, że M. niestety nie powinien mieszać. Stał się bardziej lepki i zaczął mi poważnie psuć nastrój. Raz zdążył mnie nawet wyglebać, bo stwierdził, że fajnie będzie mnie objąć – dla mnie nie było. Zaczynałam go unikać, a niestety nie było to łatwe. W każdym razie starałam bawić się najlepiej jak się dało i poszłam na inną salę podensić z kolegą K., który tancerzem jest prześwietnym. I tu przekleństwo na moje bycie uprzejmym. Stąd zasada trzecia:

Rul namber tri: Bycie uprzejmym wobec kogoś, kto zachowuje się fatalnie kończy się fatalnie.

M. zaczął zmulać (jak to bywa na imprezach, na których ktoś się nie czuje i wypije za dużo), przyszedł na salę, poudawał, że ze mną tańczy, gdyż zrobiło mi się go żal. Dla spokoju uciekłam na podest żeby trochę odpocząć i pacan stwierdził, że w swoim stanie będzie mnie w stanie podnieść. Nie był, ja sobie tego nie życzyłam i skończyło się absolutnym spierdoleniem na moją stopę w szpilce. Bolało jak skurwysyn. M. zaczął mnie przepraszać, bo wątpię, żeby specjalnie chciał mnie znokautować,, mimo wszystko kazałam mu przestać przepraszać. Impreza dobiegała końca, trzeba było się zbierać. Na moje nieszczęście, pajac jechał w tę samą stronę co ja. Po rozstaniu się z resztą mogłam zrzucić maskę uprzejmości i przekulałam wściekła na przystanek. Niestety, on szedł za mną.

Panowie, nim przejdę dalej, dam Wam wskazówkę, na wypadek, jakby ktoś z Was nie ogarniał – jeżeli chcecie zabłysnąć przed dziewczyną, to kontrolujcie to ile pijecie i przede wszystkim obserwujcie dziewczynę i wyciągajcie wnioski z jej zachowania. I przenigdy jej nie dotykajcie, dopóki sobie sama tego nie zażyczy – no ale to chyba jasne i wynika z tego co napisałam przed chwilą.

M. niestety nie został wychowany w tej zasadzie, albo przeczytał gdzieś, że to gówno prawda i się nie sprawdza. Siedział koło mnie i przepraszał w kółko, dodatkowo wciąż próbował mnie obejmować. Odpychałam tylko jego łapska i się nie odzywałam. Wysiadłam na ostatnim przystanku i niestety do siebie miałam około półtora kilometra, które musiałam jakoś przebyć, kulejąc w szpilkach.

Wiecie, może ja jestem wychowana jakoś inaczej, ale jak komuś złamałabym prawie stopę i ta osoba nie życzyłaby sobie, żeby mnie oglądać, to przeprosiłabym raz i poszła w swoją stronę – M. zaś stwierdził, że jestem uparta, zaczął się śmiać i udawać, że ja nie znam dobrze okolicy i on jest trzeźwiejszy ode mnie, po czym znowu chciał mnie objąć.

Demon wylazł.

Nie pamiętam kiedykolwiek, żebym tak wydarła ryja. Nie pamiętam nigdy, żeby ktoś tak się przeląkł po jednym, krótkim zdaniu. Nie, nie chcę udawać, jaka jestem odważna, albo jakie robię wrażenie, ale wierzcie mi – chłopa zmiotło. Taką przynajmniej miał minę. No bo kurwa mać, ileż można – cały wieczór strącasz z siebie jego ręce, unikasz dotyku, zachowujesz się uprzejmie, ale jednoznacznie, a kretyn nie ogarnia?

Nie robi się tak. Może całe życie trafiał na sprzeczne sygnały od dziewczyn i dlatego jest taki upośledzony w tej kwestii? Desperacja? Może przeczytał gdzieś, że nachalność jest ceniona? Albo, że podryw na wyjebywanie się razem, a potem przeprosiny do usranej śmierci działają. Nie działają. Panowie, pogódźcie się z tym, że dziewczyna nie będzie Wami zawsze zainteresowana, nie ważne co robicie. Czytajcie jej reakcje ciała – nie to co mówi. Odsuwa się od Ciebie, gdy próbujesz się zbliżyć? Nie chce Twojej kurtki, gdy jest chłodno? Cofa rękę, gdy przypadkiem (lub nie) ją dotkniesz? No to wiesz, że się z Tobą nie umówi, albo jest na to za wcześnie. Nawet jeżeli pójdzie z Tobą na piwo, to nie dlatego, że na Ciebie leci, tylko chce Cię poznać, niezobowiązująco. Nie przyspieszaj niczego, bo tylko możesz sobie spierdolić sprawę.

Rankiem musiałam na pogotowiu robić fotki stopy, bo płakałam z bólu – okazało się, że to tylko stłuczenie, więc chociaż tyle. A M? Jakoś nie mam ochoty go oglądać na oczy.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kim jesteś?

17 lut

Przychodzi czasem taki dzień, który przypomina uderzenie o ziemię. Wynurzenie się z wody. Nagłą pobudkę. Uczucie spadania. Nagle, jak po jakimś letargu, uderza w nas fala informacji, emocji i uczuć. Dopiero wtedy zdajemy sobie, gdzie tak naprawdę się znaleźliśmy.
I ile dzieli nas od przepaści.

Codziennie podejmujemy jakieś wybory – mniejsze, większe, chociaż teraz mam na myśli te drugie. Chcemy być kimś innym, mamy dosyć siebie i swoich nawyków. To zaczynamy pracować nad sobą, karcimy się, przesuwamy swoje granice dalej, rozwalamy stare, budujemy nowe. Kręcimy się w mechanizmie swojej zajebistości, krzycząc: „PATRZ, robię rzeczy w miejscach, gdy Ty stoisz”. Nie dopuszczasz do siebie wątpliwości, próbujesz się zawsze uśmiechać, zawsze być pozytywnym akcentem swojego własnego dnia. Ty i Twoja zajebistość.

A potem nagle się budzisz.

Patrzysz w tył i często to co zostawiłeś przypomina zgliszcza. Nie, nie chodzi o to, że cała Twoja praca nad sobą to pic na wodę, bo to, że schudłeś 15 kilo w 3 miesiące, rzuciłeś hajs na kotki, czy zdobyłeś fajną pracę to realne sukcesy. Pytanie, czy faktycznie stałeś się kimś lepszym? Skąd w takim razie te zgliszcza i to rujnujące Cię uczucie, że COŚ JEST NIE TAK?

Na swoim przypadku mogę stwierdzić, że to po prostu unikanie swojej głowy, myśli, które chcąc, nie chcąc kiedyś muszą znaleźć ujście, a znajdują je zawsze, kiedy w Twoim życiu dzieje się jakiś przełom. Zostajesz uderzony w ryj z kija bejsbolowego od dresa zwanego Psychiką i nie możesz tak po prostu od niego spierdolić, bo jak widzisz, on zawsze Cię znajdzie. A potem, gdy Ty walczysz z gwiazdkami przed oczami, zaczyna rozmawiać o problemach, bo jak to dres – nie ważne, jak odpowiesz na pytanie: „Masz jakiś problem?”, on i tak Ci jakiś znajdzie.

Kim jesteś? To naprawdę Ty? Nie zacząłeś znowu się oszukiwać? To co przeżyłeś i wypracowałeś naprawdę ma znaczenie?

Te pytania zawsze w różnych formach będą lawirować w czerepie, jak Cichopek w „Tańcu z Gwiazdami”. Jedni czują, że coś jest nie tak, ale zdają sobie sprawę, że to naturalna kolej rzeczy, gdy nad sobą pracujesz. Inni ze strachem przyznają się do maski, bo wiedzą, że oszukiwanie się nie ma sensu.

Kim ja jestem? Oto nadeszły te zmiany, których bałam się najbardziej. Oto zostałam sama, podjęłam nie najlepszą decyzję w swoim życiu i gryzie mnie odciśnięte piętno tej decyzji. Kim jestem?

Dopóki nie odpowiem sobie na to pytanie, nie ruszę dalej bez oglądania się za siebie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Naklejam banana

05 lut

Przez większość mego życia byłam negatywnie nastawiona do życia – „nie uda się”, „nie wypali”, „po co?” to myśli, które całkiem często pojawiały mi się w głowie. Nie mogę zaprzeczyć, że byłam z tych wiecznie nieszczęśliwych ludzi. Jedynym plusem tego był skuteczny autohejt na siebie i plucie sobie w twarz w tak wyrafinowany sposób, że publiczność zanosiła się śmiechem i klaskała na stojąco.

Fakt jest taki, że czasem dystans do siebie nie pomoże, jeżeli taka postawa gości w nas za długo, według zasady „kłamstwo powtórzone tysiąc razy zamienia się w prawdę”.  Jeżeli chodzi o naszą psychikę, to mam wrażenie, że ta zasada działa doskonale, nie tylko pod względem negatywnym, ale również i pozytywnym, z tym, że nam Polakom dużo łątwiej o tę marudzącą postawę, jak bardzo jest chujowo.

Co z tym faktem? Otóż na podstawie mojej własnej postawy, a raczej jej zmiany z marudzącego matoła, na optymistycznego kretyna, śmiem twierdzić, że ta druga jest dużo bardziej efektywna pod względem psychicznym – po prostu lepiej się ze sobą czuję, lepiej komunikuję i jestem radośniejsza. Oczywiście to nie jest tak, że 24/7 mam banana na ryju – często łapią mnie dni zwątpienia, smutku, czy zwykłego doła, bo to jest naturalne. Sęk w tym, żeby nie dać się łatwo ponieść temu prądowi, bo na dłuższą metę nie wróży to dobrze. Łatwe? Niekoniecznie. Czasem trudne jak diabli, gdy akurat wszystko chce Cię wyruchać w tyłek bez wazeliny.

Czy mam przepis na to, jak być zadowoloną z siebie przez większość czasu? Dla siebie owszem, potrafię się cieszyć z każdego małego sukcesu, pokonania siebie, gdy mi się nie chce, np. z tego, że pościeliłam łóżko. Tyle, że moja historia jest moja i tworzę sposoby pod siebie. Twój sposób może być kompletnie inny.

Spróbuj go znaleźć. Myślę, że jak Ci się uda, to poczujesz się lepiej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Klaskacz w ryło

28 sty

Nie mam znajomych, nie mam pieniędzy, nie mam za bardzo chęci do życia. Od podsumowania nie powinno się zaczynać wpisu. Chciałam już wszystkim pierdolnąć i rzucić się z mostu, bo nie stać mnie na wyjazd w Bieszczady i kupno stadka owiec. Przestało mi zależeć na wszystkim. Schopenhauer byłby ze mnie dumny, gdyby żył, wręczyłby mi osobiście pudełko eutanazolu z autografem.

Artur nie żyje, a do mnie dotarło, że nie po to zaciskałam zęby, pracowałam nad swoim charakterem i przeżyłam tyle syfu, oraz rozczarowań związanych z niektórymi ludźmi, żeby wziąć i wyjść. Nie i już, chociaż na spokojnie przyjęłam, że nic nie muszę, świata nie zbawię, jeżeli nie osiągnę tego co chcę i tak dalej.

Czasem podejście do tematu w ten sposób pomaga szybciej dojść do wniosku, że nie „muszę”, ale „mogę”. Taka trampolina, dzięki której będziesz ze sobą okej, jeżeli Ci nie wyjdzie, ale jednocześnie nie będziesz chciał się tak po prostu poddać.

Surr at 20 jest okej tylko w grze. Wobec siebie zasysa jak Natasza Wołodii za nowe kozaki.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mord w oczach.

14 sty

Wolę trenować wieczorami – przede wszystkim dlatego, że jest mniej ludzi, więc bieg nie jest slalomem między Grażynką, a Józkiem spod monopolowego, dodatkowo nikt się na mnie nie gapi.

Poniedziałkowy trening zepsuł mi cały dzień…

Zaczęło się od tego, że przeczytałam artykuł o sile biegowej – w skrócie: jak biegać szybciej nie zwiększając częstotliwości kroku. Dla kogoś, kto chce w tym roku wystartować w półmaratonie to coś ciekawego. W artykule podane były ćwiczenia – obejrzałam, parsknęłam, bo trzeba być absolutną lamą, żeby nie umieć wykonać skipu na podbiegu.

SPOILER ALERT: Jestem lamą.

Cały dzień musiałam robić rzeczy w miejscach, więc trening musiałam wykonać w poniedziałek rano. Udręka zaczęła się od początku – musiałam wstać. Sam bieg przypominał raczej wygrzebywanie się z błota niż hasanie, niczym sarna po polanie. Dodatkowo musiałam wymijać ludzi i pierwsze fale rozdrażnienia zaczynały pobudzać mój mózg – dlaczego ludzie łażą jak krowy po pastwisku? Czy nie słyszą, że dyszę tak głośno, że nie potrzebuję klaksonu? Czy nie widzą odblaskowej, najtańszej bluzy z decathlonu w odcieniu tyłka nowo narodzonego pawiana? Jeszcze bezczelnie się gapią, jakby biegającego pierwszy raz na oczy widzieli…

Same ćwiczenia wychodziły mi tak pokracznie, że po połowie dziwiłam się, że nikt nie zapytał z jakiego cyrku się urwałam. Quasimodo przy mnie to baletnica. Z moimi skipami mogłabym iść po bułki do tesco. I wszyscy, WSZYSCY bez wyjątku gapili się na mnie, jakbym była obcym. Może by mnie to tak nie dobijało, gdyby nie fakt, że ćwiczenia które są z założenia łatwe, wychodzą mi jak taniec wujkowi Januszowi na weselu po oczepinach. Zdenerwowana po skończeniu ćwiczeń (honor nie pozwalał mi na przerwanie w połowie) poszłam po śniadanie do pobliskiego marketu, aby zakupić banany i jajka.

O ile rozumiałam, że podczas mojego pokracznego treningu przyciągałam wzrok próbą wykonania skipu na jedną nogę, tak już podróż po markecie nie powinna przyciągać czyjejkolwiek uwagi. A tu jednak doszło do tego, że ludzie znad półek śledzili moje rozważania (gdzie do wafla jest bita śmietana?!), a pewien pan raczył trzy razy przejechać koło mnie z wózkiem i chamsko się na mnie patrzeć. To już przelało czarę goryczy, przekroczyło nienaruszalną granicę intymności, spowodowało uwolnienie demona. Spopieliłam kolesia wzrokiem, wszystkich gapiących podobnie, po czym jakimś cudem nikt mi nie torował alejki. Myślę, że byłabym w stanie powtórzyć manewr Mojżesza na morzu. Niesamowita jest siła wściekłości…

Nauka z tego jest prosta – trenować siłę biegową wieczorem. Najlepiej pod osłoną nocy. Na bezludnej wyspie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Strach

29 gru

Sram w gacie. Żarem. Nie, to nie wina świąt i karpika z wigilii, który się uchował w lodówce, popitego wodą spod bigosu, bo to tylko mentalnie. Boję się i tyle.
Albo aż tyle.

Wbrew temu, co wszyscy chcą nam wmówić, nowy rok będzie wyglądał tak samo jak stary, chyba że spotka Cię coś naprawdę dobrego, albo coś wyjątkowo chujowego. Jak pominiemy kaprysy Fortuny, to nic się nie zmieni.
Chyba, że sam coś zechcesz zmienić i nie mówię tu o „od pirszego pude na siłke”.

Tak się składa, że ja chcę coś zmienić. Wiem nawet co. Średnio już wiem jak. Nie wiem, co z tego wyniknie.
I tej niewiedzy boję się najbardziej.

Ogólnie to tego boimy się najbardziej, ponieważ często prowadzi do porażek. Nie wiem, co wyjdzie z moich zmian, ani czy słusznie chcę coś zmienić, dlatego czuję się jak jaskiniowiec na widok pioruna, który właśnie pierdolnął w pobliskie drzewo – mała, przerażona i z bezwładem zwieracza.

Można by rzec, że jeżeli tak to na mnie ma działać, to nie jest mi potrzebne. Tyle, że z nami kobietami (a może i ogólnie z ludźmi) jest tak, że nie wiemy czego chcemy. Aktualnie śmiało przyznaję, że nie mam pojęcia, czego chcę od życia. Wiem jednak dokładnie, czego nie chcę, a to już połowa sukcesu (podobno). Nie chcę, żeby mną pomiatano w pracy, nie chcę się nudzić i nie chcę być biedna – czyli dokładnie to, co się dzieje w tym momencie w moim życiu. Musiałabym mieć dwucyfrowe IQ, żeby nie chcieć tego zmienić i narzekać, że tak się dzieje (właśnie obraziłam bardzo dużą część Polaków, w tym prawdopodobnie Ciebie, Czytelniku).

Wszystko mi krzyczy, że wyjdzie mi to na dobre. Intuicji należy wierzyć.
Ale pielucha by się przydała.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przestrzeń

26 gru

22 grudnia, wtorek.

Wracam tramwajem, zatłoczonym oczywiście. Ludziów jak mrówków, chociaż nie chcą, to na mnie napierają i tylko bariera stworzona przez słuchawki może mnie od nich uratować, a i ta zaczyna już pękać. Biodro boli, ale to pikuś przy jelitach, które bolą mnie już czwarty dzień – czuję się jakbym miała sraczkę i zatwardzenie w jednym, więc mocniej zaciskam dupsko i udaję, że nic mnie nie boli.
Po 30 minutach uciekam do domu, najszybciej jak mogę. Wchodząc czuję obcy zapach obcych ludzi – matka właścicielki przyjechała na święta z mężem, więc mieszkanie nie pachnie tak jak powinno. Okej, starają się być najrzadziej w domu jak się da, staram się to doceniać, ale pękają mi już wszystkie paski trzymające mnie w jednym kawałku. Boję się jak sam skurwysyn, bo później będzie jeszcze gorzej, bo święta, bo ludzie, bo pierdololo, a wiem, gdzie mnie to zaprowadzi. Będę próbować się bronić, ale na razie nie jestem w stanie wyjść spod koca. Każda czynność przypomina ruch w bagnie. Ostatnimi siłami pakuję się na wyjazd i ogarniam pokój. Chcę zasnąć i nie wstać.

23 grudnia, środa
Rano.

Oczka się otwierają, wita mnie piękna pogoda. Biodro boli jakby mniej, jelita to samo – chyba odstawienie leków to był dobry pomysł. Dopakowuję ostatnie rzeczy i wychodzę. Wsiadam do samochodu pełnego obcych ludzi. Słuchawki na uszy. Po pół godziny jazdy zaczynam się odprężać – widzę horyzont.
Dawno nie widziałam horyzontu.

Po południu.

Słychać tykanie zegara. Nikogo nie ma w mieszkaniu. Każę mu się nie odzywać i chłonę tę ciszę, popijając herbatę. Światło słońca rozprasza się na każdej drobince kurzu, a mnie zalewają pierwsze fale szczęścia. Radość trwa kilka minut, bo do mieszkania zwalają się ludzie, ale podładowana lepiej ich znoszę. Nawet nie zmuszam się do uśmiechu – sam wypływa mi na twarz. Nikt z rodziny się nie zjeżdża.

Wieczór.

Biodro mnie nie boli, jelita też. Ryzykuję i zakładam buty. Wybiegam na zewnątrz. Na początku idzie trochę ciężko, ospale, jakbym nogi miała z betonu, ale idzie coraz lepiej. Szybciej. Miałam nie przyspieszać, ale robię to bezwiednie. Miałam dobiec do tabliczki, ale w sumie co mi szkodzi dalej? Nie chcę przeciążać nóg, więc po kilometrze zawracam. W twarz uderza mnie wielki, srebrny księżyc i lekki podmuch ciepłego wiatru. Przyspieszam, w dupie mam tempo, kilometraż, ból czający się w biodrze. Widzę wyraźnie las, bo światło jest jasne jak za dnia. Dociera do mnie jak bardzo mi brakowało świeżego powietrza, wolności i przestrzeni. Śmieję się na głos, zupełnie wytrącając się z rytmu, ale mam to gdzieś, bo dawno nie byłam taka szczęśliwa.

24 grudnia, czwartek
Wieczór.

Jest wigilia. Magii świąt nie czuć, ale mnie to nie obchodzi. Nie obchodzą mnie prezenty, ani to, co mam na talerzu. Słyszę, że jestem podobna do Bogdana, słyszę, że ten i tamten umarł. Wujek przynosi o,7, Tata nalewa. Cóż. Niektóre rzeczy pozostają niezmienne.
Tylko, że mam to gdzieś. Nareszcie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii