RSS
 

Przestrzeń

26 gru

22 grudnia, wtorek.

Wracam tramwajem, zatłoczonym oczywiście. Ludziów jak mrówków, chociaż nie chcą, to na mnie napierają i tylko bariera stworzona przez słuchawki może mnie od nich uratować, a i ta zaczyna już pękać. Biodro boli, ale to pikuś przy jelitach, które bolą mnie już czwarty dzień – czuję się jakbym miała sraczkę i zatwardzenie w jednym, więc mocniej zaciskam dupsko i udaję, że nic mnie nie boli.
Po 30 minutach uciekam do domu, najszybciej jak mogę. Wchodząc czuję obcy zapach obcych ludzi – matka właścicielki przyjechała na święta z mężem, więc mieszkanie nie pachnie tak jak powinno. Okej, starają się być najrzadziej w domu jak się da, staram się to doceniać, ale pękają mi już wszystkie paski trzymające mnie w jednym kawałku. Boję się jak sam skurwysyn, bo później będzie jeszcze gorzej, bo święta, bo ludzie, bo pierdololo, a wiem, gdzie mnie to zaprowadzi. Będę próbować się bronić, ale na razie nie jestem w stanie wyjść spod koca. Każda czynność przypomina ruch w bagnie. Ostatnimi siłami pakuję się na wyjazd i ogarniam pokój. Chcę zasnąć i nie wstać.

23 grudnia, środa
Rano.

Oczka się otwierają, wita mnie piękna pogoda. Biodro boli jakby mniej, jelita to samo – chyba odstawienie leków to był dobry pomysł. Dopakowuję ostatnie rzeczy i wychodzę. Wsiadam do samochodu pełnego obcych ludzi. Słuchawki na uszy. Po pół godziny jazdy zaczynam się odprężać – widzę horyzont.
Dawno nie widziałam horyzontu.

Po południu.

Słychać tykanie zegara. Nikogo nie ma w mieszkaniu. Każę mu się nie odzywać i chłonę tę ciszę, popijając herbatę. Światło słońca rozprasza się na każdej drobince kurzu, a mnie zalewają pierwsze fale szczęścia. Radość trwa kilka minut, bo do mieszkania zwalają się ludzie, ale podładowana lepiej ich znoszę. Nawet nie zmuszam się do uśmiechu – sam wypływa mi na twarz. Nikt z rodziny się nie zjeżdża.

Wieczór.

Biodro mnie nie boli, jelita też. Ryzykuję i zakładam buty. Wybiegam na zewnątrz. Na początku idzie trochę ciężko, ospale, jakbym nogi miała z betonu, ale idzie coraz lepiej. Szybciej. Miałam nie przyspieszać, ale robię to bezwiednie. Miałam dobiec do tabliczki, ale w sumie co mi szkodzi dalej? Nie chcę przeciążać nóg, więc po kilometrze zawracam. W twarz uderza mnie wielki, srebrny księżyc i lekki podmuch ciepłego wiatru. Przyspieszam, w dupie mam tempo, kilometraż, ból czający się w biodrze. Widzę wyraźnie las, bo światło jest jasne jak za dnia. Dociera do mnie jak bardzo mi brakowało świeżego powietrza, wolności i przestrzeni. Śmieję się na głos, zupełnie wytrącając się z rytmu, ale mam to gdzieś, bo dawno nie byłam taka szczęśliwa.

24 grudnia, czwartek
Wieczór.

Jest wigilia. Magii świąt nie czuć, ale mnie to nie obchodzi. Nie obchodzą mnie prezenty, ani to, co mam na talerzu. Słyszę, że jestem podobna do Bogdana, słyszę, że ten i tamten umarł. Wujek przynosi o,7, Tata nalewa. Cóż. Niektóre rzeczy pozostają niezmienne.
Tylko, że mam to gdzieś. Nareszcie.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Morfeusz

    27 grudnia 2015 o 06:14

    U mnie przy wigilijnym stole też rozmawiało się o umarlakach i chorobach. Na trzeźwo. Można by pomyśleć, że prowadzimy zakład pogrzebowy. My tu gadu-gadu o udarach, a w pokoju obok choinka mieni się błyskotkami. Taki nawet ciekawy kontrast się tworzył. Śniegu nie było, ale święta i tak były białe, bo była mgła. A prezenty udane, kocham prezenty.

     
    • Contempt

      27 grudnia 2015 o 12:02

      Nigdy nie zrozumiem rozmawiania o chorobach i śmierci podczas świąt. Od tego jest 1 listopada.
      Nie znoszę dostawać prezentów ;)